Takie o życiu
Japońsko i życiowo
Koleżanka po fachu
London calling
Pani z popiołów

Dizajn
I cóż, że ze Szwecji
Dizajnerskie porady i propozycje
Rodzimy kiczyk w najlepszym wydaniu
O polskim dizajnie słów kilka

Z polotem
Jaszmurkowe cudeńka
By Ikea nie była Ikeą
A to Polska właśnie
Eksklusyfnie tak też można urządzić
Aaaby sprzedać aukcyjne hity



2011
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik







księga

Rok dla siebie

Jakoś tak jesteśmy już za połową 2011 roku, a do mnie własnie dotarło, że jest jakoś inaczej niż zawsze. Rok zaczął się bardzo smutno, ale chyba to trochę przestawiło mi w głowie. Bo rok 2011 jest taki trochę egoistyczny. Inwestuję w kondycję, ostatnio zaczęłam chodzić na masaże zamiast ciągle narzekać na kręgosłup. Kiedyś nie udawało mi się iść cztery razy w miesiącu na fitness, teraz udaje mi się to trzy razy w tygodniu.
Ciągnie mnie w mnóstwo miejsc i zamierzam realizować podróżnicze marzenia, które dotychczas uważałam za niemal niemożliwe do realizacji. Odkryłam nową pasję - scrapbooking, więcej czasu poświęcam starej - fotografii. To chyba dobrze. Może to z poczucia, że w każdej chwili może być za późno. Pozostaje trzymać kciuki za dalsze poświęcanie odrobiny czasu sobie samej. I za realzację wyjazdowych planów na 2012 r. :)

2011-07-23 14:56:20
skomentuj (1)

W krainie kumkwatów

Pierwszy urlop jest już wspomnieniem. Na szczęście zleceniodawcy w czwartek i piątek nie rzucili się na mnie jeszcze z niczym 'na już'. Więc poleniuchowałam także w domu. Ale od jutra trzeba wziąć dupę w troki i działać zarobkowo.
Co by tu rzec o Korfu. Nietypowa grecka wyspa. I w ogóle nietypowe wakacyjne miejsce. Mieszkałyśmy z mamą na szczycie góry i codziennie dyrdałyśmy jak alpinistki. Do sklepu i z powrotem pod górę. Na plażę i z powrotem pod górę. Na kolację i z powrotem pod górę. Mięśnie w nogach mi urosły. Do tego jeszcze dużo pływania. Prawdziwy obóz kondycyjny.
Ale nawet przez chwilę nie poczułam się jak w Grecji. Raczej jak w komiksowej miejscowości bez nazwy i współrzędnych geograficznych. Dookoła sami Anglicy, nawet wśród sprzedawców w sklepach. Grecy nie reagują, gdy mówi się do nich po grecku. W knajpach łatwiej o hamburgera niż o pastę z bakłażana. W dodatku pierwszy raz widziałam, by Grecy do sałatki greckiej dodawali sałatę. Lub by oszukiwali turystów i traktowali ich inaczej niż swoich. No i pierwszy raz słyszałam, by gdzieś w Grecji kumkwat był najpopularniejszym owocem. Choć owocu nie było w sklepach, można było kupić dżem z kumkwata, wódkę z kumkwata, kumkwata kandyzowanego, cukierki z kumkwata, a także mydło, szampon i balsam z tegoż. Szałowo. Za to brzoskwinie i melony były droższe niż w Polsce. Naprawdę dziwne to Korfu.
Ale wypoczęłyśmy. Odzwyczaiłam się od wyjazdów z mamą. Na szczęście nie sprawdziły się moje obawy, że będzie to tydzień gadania o grobie, tym, że tata miałby własnie imieniny, że jest wdową i samotną kobietą. Było raczej pozytywnie i bez gorzkich żali.
Nie mogę się doczekać wcześniowego urlopu z Lubym. Mam nadzieję, że uda nam się poczuć trochę więcej klimatu Grecji. W międzyczasie czeka nas jeszcze Praga. Nie wiemy kiedy, nie wiemy jak, nie wiemy za co, ale nabyłam kupon zniżkowy do hotelu i nie ma odwrotu. Się wyjazdowo zrobiło.

2011-06-12 14:26:37
skomentuj (1)

Żeby nie było za miło

Ostatnio działo się sporo miłych rzeczy, które dawały wreszcie trochę wytchnienia. Przede wszystkim śliczna pogoda, mniejsze problemy finansowe i wyskakujący znienacka atrakcyjny zleceniodawca. Tenże również uznał, że jestem atrakcyjna i na pierwszy ogień posyła mnie na wycieczkę reportażową do Paryża. Miło, fajnie, prosimy o więcej.
W międzyczasie Wielkanoc w Zamościu. Na szczęście byłam tam możliwie najkrócej i tylko kilka razy zdążyłam się leciutko poirytować. Było coś o chodzeniu na czarno, że wypada, że trzeba, że 'jak sobie chcesz', skierowane do mojej mamy, która chciała pożyczyć od babci jakąś jaśniejszą niż czarna chustkę na szyję. No ale to takie sobie duperszwance, które nie są w stanie jakoś bardzo wpłynąć na samopoczucie. Wróciłam już w poniedziałek, mama została na majówkę. Dobrze, zawsze to relaks, liczne rodzinne towarzystwo i jakaś odmiana.
Prawdziwy wypierd nastąpił dopiero po powrocie. Moja tutejsza babcia spędziła Wielkanoc na dwutygodniowym wyjeździe, na który z własnej woli się wybrała. Wróciła, zadzwoniła do mnie i żółć z jadem chlusnęły na mnie przed telefon. Najpierw o tym że był taka samotna, że nawet koleżanki na tym wyjeździe ją olały, że w ogóle wyjazd był koszmarem. Potem przesiadła się na mnie. Że nie napisałam w SMS-ie z życzeniami 'kochana babciu', że jestem oschła, że jestem potworem. Jad lał się strumieniem, podobnie jak leje się od miesięcy. Nie wiem kiedy ostatnio usłyszałam od babci coś choćby o neutralnym wydźwięku. Nieustannie wysłuchuję pretensji i fochów na temat wszystkiego, co robię. Za rzadko dzwonię. Jak dzwonię, to nie jestem wystarczająco wymarzoną wnuczką. Wychodzę ze znajomymi to źle, idę na fitness to też fatalnie. Po prostu jestem potworem. Czekam jeszcze na informację, że to ja zabiłam tatę, bo to  dopełniłoby całości obrazu najgorszej suki na świecie. Co babcia osiąga? Że gdy już chcę się zmusić i do niej zadzwonić, to ręka wybiera w telefonie kontakt "Dziadzio". Bo on cieszy się, że mnie słyszy, pożartuje, pogada, nie ma pretensji. Babcia z Zamościa z kolei gdy się stęskni, umie wziąć słuchawkę i wykręcić mój numer. Jedynie babcia tutejsza oczekuje ode mnie wszystkiego tego, czego akurat nie robię. Gorzknieje coraz bardziej, a ostatnie miesiące stały się szczytem. Oczywiście, można ją było rozumieć. Do czasu. Kiedyś w końcu trzeba się otrząsnąć i zauważyć, że koleżanki nie odwracają się dlatego, że są chamkami. Że wnuczka nie dzwoni, bo nie ma ochoty na kolejne fochy o dzwonieniu za rzadko. Że synowa też może przyjąć ograniczoną liczbę ciosów. Inaczej naprawdę zaczyna odczuwać się samotność i może być ciężko z otrzymaniem szczerej serdeczności. Bo skoro życzenia wysłane przeze mnie cichaczem pod świątecznym stołem, by babcia wiedziała, że pamiętam, okazały się zbyt mało pompatyczne i egzaltowane, to następnym razem mogę zapomnieć je wysłać. Przecież ja od babci nie dostałam żadnych.

2011-04-29 21:10:59
skomentuj (4)

Korfu z widokiem na Paralię

Koniec marca upływa pod hasłem rezerwacji. Najpierw zajęłam się szukaniem tygodniowego wyjazdu dla mnie i dla mamy. Główne kryterium to cena, bo tak bardzo chcę w tym roku wyjechać z Lubym, a dwie wycieczki to niemałe koszty. Udało się wygrzebać tydzień za ok. 1000 zł. W dodatku w ukochanej Grecji. Będziemy obczajać Korfu i chodzić na plażę po pionowej górce. Trochę boję się tego tygodnia. Bo nie chciałabym spędzić urlopu na słuchaniu żali i wzdychań mojej mamy.
Idąc za ciosem, pomyślałam, że od razu rzucę okiem na wrześniowe okazje, bo taki z Lubym mieliśmy pomysł wyjazdowy. I oto jest jak dla nas. Za 1450 zł od osoby dwa tygodnie w naszej Paralii. Promocja do końca marca, pokoje szybko znikały, ale zdążyliśmy. Zaliczka wpłacona, rezerwacja potwierdzona. Więc chyba można wakacje uznać za zaklepane. Cieszę się jak dziecko, bo odkąd oboje nie mamy etatu, nie byliśmy na takim klasycznym urlopie. Wpadaliśmy na kilka dni na Podlasie, wyskakiwaliśmy do Londynu. Ale to nie to samo, co pełne dwa tygodnie z wolną głową, bez telefonów, maili i kolejki rzeczy do zrobienia.
Nie mogę się doczekać.

2011-03-30 17:09:57
skomentuj (5)

Odwalcie się

Brak mi instynktu samozachowawczego. Jednak nie powinnam być twarda, nie powinnam się uśmiechać, nie powinnam usilnie rezygnować z czarnych ubrań. Powinnam wyć w niebogłosy, rozpowiadać jaka jestem pokrzywdzona, tonąć w żałobie i czytać smutną poezję. Może wtedy wszyscy by się ode mnie odpierdolili. Jest mi kurewsko ciężko. Nawet nie mam komu o tym powiedzieć (jedną szczęściarę zadręczam mailami, bo jakoś pisac mi łatwiej). Bo zaraz wychodzi, że inni mają gorzej, że nie ja pierwsza i nie ostatnia, że jestem przecież dorosła, że powinnam być oparciem dla mamy, a w ogóle to gram tragedią, żeby coś sobie załatwić.
W związku z tym żyję problemami całego świata. Do tej nie dzwonię, do tamtej nie przychodzę, innej nie komentuję statusów na fejsbuku. Skandal po prostu. Słucham o wszystkich problemach dookoła, a kiedy ja przez godzinę tępo patrzę w sufit, nikt nawet nie zauważy.
Mama ma siostrę, która obiecała jej wspólne wakacje. Ale nawet to przerosło jej siostrzane możliwości. Mama nie ma więc z kim wyjechać, więc ja mimo braku kasy i własnych wakacyjnych marzeń muszę być damą do towarzystwa. Poczucie obowiązku i tyle. Jak mama mówi komuś, że z siostrą na wakacje nie pojedzie, oczy wszystkich zwracają się na mnie i oczekują entuzjastycznego wybuchu 'mamuniu, przecież masz mnie'.
Kiedy siedzę i po prostu myślę, że jest mi chujowo, dzwoni telefon. Mama poddenerwowana, że dziadek mówi, że dziś się gorzej czuje. Wprawdzie co drugi dzień czuje się gorzej, ale muszę o tym wiedzieć zawsze i natychmiast. Czemu jak mi mówi, że się gorzej czuje, nie wydzwaniam po rodzinie zrozpaczona. Błąd, trzeba naprawić.
Jest mi najzwyczajniej w świecie źle. Czuję się niepewnie pod każdym względem. W moim życiu nie ma nic stabilnego. Mam wolny zawód, co oznacza, że pieniądze wolno docierają na moje konto. Nie wiem, kiedy znów zabraknie mi pieniędzy. Nie mam nawet głupiego ZUS-u, więc wolę nie potrzebować w życiu szpitala, bo może to być bardzo droga impreza. Mój niezmącony spokój został zakłócony informacją, że jednak ludzie w mojej rodzinie są śmiertelni. I ja też jestem. Więc nie umiem już sobie wyobrażać starości, bo boję się genetycznych predyspozycji do raka. Od pięciu lat jestem w związku. To mogłoby świadczyć o czymś, co jest w moim życiu stabilne. Ale nie jest. Bo po pięciu latach nadal jestem zbyt chujowa na wspólne mieszkanie, a myśl o tym, czy dziś spędzimy razem wieczór czy jednak nie wywołuje u mnie permanentny stres. I czemu ja myślę, że po pięciu latach coś może się zmienić?
Nie mam ani jednego punktu zaczepienia. Niczego nie mogę być pewna. Nie wiem, czy za miesiąc będzie mnie stać na ratę, nie wiem kiedy zdrowie zawiedzie, nie wiem czy ktoś, kogo kocham, kiedykolwiek poczuje to samo.

Czasem nie chce mi się budzić.

2011-03-21 12:11:13
skomentuj (3)

Odgłosy wiosny

Tak, właśnie, odgłosy. Pojawiły się wczoraj. Uczniowie szkoły muzycznej dawali koncert dla rodziców. W zimie też grają, ale dopiero gdy moje i ich okna są otwarte, dobrze to u mnie słychać. Wiosnę słyszę też dziś. Trzepanie dywanów rozlega się z różnych zakątków podwórka. Bo u mnie to taki skansen, gdzie nadal stoją trzepaki a dzieci bawią się bez wiecznej kontroli rodziców.
A u mnie w domu wiosna brzmi internetowym radiem, które przygrywa mi do roboty. Teraz słońce budzi mnie o wczesnych porach, dlatego do 10 rano zdążyłam dziś umyć okna i sprzątnąć zasyfiałą kuchnię. Niestety cały dom wymaga odgruzowania, więc to będzie długa niedziela. Myślę, że jutrzejszym odgłosem wiosny będzie "fak, jakie mam zakwasy".

A, tak. Wróciliśmy z Londynu. Tydzień temu. Tego było mi trzeba. Wakacji, bez planu, bez organizacji. Żyliśmy każdym dniem, dzięki biletowi tygodniowemu wsiadaliśmy w jakikolwiek autobus i jechaliśmy. Na bieżąco decydowaliśmy, co dziś zwiedzimy. Może skonczymy zobaczyć Big Bena nocą? Idziemy. Chyba warto by było obczaić Greenwich. Jaki autobus tam jedzie? I tak cały czas. W czwartek zorientowaliśmy się, że to Tłusty Czwartek. I wyhaczyliśmy gdzie kupić podle słodkie donuty. Fajne są takie wyjazdy, chyba po raz pierwszy nie zaplanowaliśmy nic. Polecam.

A naszych gospodarzy całujemy gorąco.



2011-03-13 10:47:46
skomentuj (1)

Trochę szybko, trochę powoli

Zleceniodawcy postanowili zadbać o to, bym nie miała za dużo czasu na rozczulanie się nad sobą. Tu dwa teksty, tam trzy, gdzieś kolejne trzy na CITO. To były bardzo męczące dwa tygodnie. Ale też satysfakcjonujące. Wiadomo, jest robota, będzie kasa. Lubię od czasu do czasu narzucić większe tempo i być bardzo zajętą panią redaktor. Teraz już właściwie ze wszystkim się obrobiłam. Zostały mi do ogarnięcia dwa wywiady, żeby zamknąć bardzo duże zlecenie. A za tydzień śmigamy do Londka, żeby odetchnąć, zmęczyć się, pozwiedzać, pozakupować. Taki urlop bardzo jest potrzebny nam obojgu, bo nie za wiele było ostatnimi czasy okazji do relaksu, wygłupów i uśmiechu. Nie moge się już doczekać.

I tylko te piątkowe wieczory, gdy Luby idzie sobie do domu. One przypominają mi, jak jest smutno i pusto. W piątkowe wieczory przeżywam na nowo dwa najcięższe miesiące mojego życia. W piątkowe wieczory mam do siebie wiele pretensji o to, czego nie zrobiłam i o to, co zrobiłam. Złe są te piątkowe wieczory, ale pewnie potrzebne. W piątkowe wieczory siadam do robótek ręcznych, żeby się czymś zająć, nie wpaść w głęboki dół. Przynajmniej jest kreatywnie. Na szczęście za dwa tygodnie piątkowy wieczór spędzimy razem, pod Big Benem czy innym monumentalnym obiektem. I będzie nam miło, wesoło i beztrosko.

2011-02-20 10:36:00
skomentuj (1)